Rozdział XI

czwartek, 21.kwietnia.2011, 11:01

UWAGA! PRZERWY POMIĘDZY LINIAMI DIALOGOWYMI SĄ SPOWODOWANE POSIADANĄ PRZEZE MNIE WERSJĄ WORDA! JEST TO USTERKA NIESTETY NIE DO POPRAWIENIA!


_____________________________________


Costrin Viorel, z łaski króla grododzierżca Sarvilii i dowódca IV Korpusu Armii Wschód, od dziecka nie znosił biegać. Czekał na ważnego posłańca ze stolicy sąsiedniego kraju, w międzyczasie zbijając bąki i obściskując dwórki na przemian. Zajęty był właśnie mocowaniem się z suknią bardzo ładnej, choć bardzo głupiej, Antonety, gdy do jego komnaty wpadł bez pukania podstarzały goniec w królewskich barwach Grenady. Grododzierżca momentalnie odskoczył od dziewczyny i wyrwał list z dłoni mężczyzny. Prędko przebiegł oczami po treści, z sekundy na sekundę wyraz jego twarzy zmieniał się diametralnie.


- Wiadomość słowną masz? – rzucił prędko.


- Nie – odparł goniec wpatrując się w dwórkę leżącą na łóżku w mało eleganckiej pozycji. Costrin nie spojrzał jednak ani na nią, ani na niego, tylko momentalnie wybiegł z komnaty, niezwykle szybko, zważając na dość pokaźne gabaryty. Prędko pokonał schody na dół i wybiegł na zatłoczoną ulicę. Biegł ile sił w nogach, dusząc się i pocąc z wysiłku, potrącając dostatnio odzianych przechodniów, wyrywając się ciągnącym go za spodnie dzieciakom. Nie pierwszy raz w życiu przeklął w myślach swoją słabość do piwa i tłustych mięsiw. Uniknąwszy potrącenia przez jadący po równych płytach kamienia wóz, zwolnił odrobinę czując, że powietrze zaraz rozsadzi mu płuca. Ostatkiem sił wbiegł do zamku królewskiego i po krętych schodach, prowadzących do sali audiencji. Brodaty władca siedział rozparty na szerokim tronie i rozprawiał cicho z jednym z ministrów.


- Panie! – zawołał od wejścia, starając się pokonać finalny odcinek drogi – Panie, list z Grenady!


Dobiegłszy do króla,  wrzucił mu list do rąk, zatoczył się i upadł na ziemię, siny na twarzy, przyciskając dłonie do klatki piersiowej. Ani minister, ani król nie przejęli się konającym u ich stóp grododzierżcą. Ich oczy, wędrujące z jednej strony listu, na drugą, rozszerzyły się z przerażenia.


- Niemożliwe… - wyszeptał Skender Wadrim, minister spraw wewnętrznych, dla którego nic nigdy nie było niemożliwe.


- Sukinsyn Oswald, niech go robactwo żywcem zeżre, sprzedał nas! Za wpływy z naszych manufaktur włókienniczych sprzedał nas Kandejczykom! Grzecznie zawiadamia, że zdradził nasze przymierze! Niech go, kurwiego syna, zdradziecki puginał z cienia dosięgnie!


- Przeszli już Stare Niziny, a stamtąd do Czwartej Kohorty i do nas tuż tuż. W dwa tygodnie stawią się nad Ire. Co robić, panie?


- Co robić?! Jak to, co robić?! To wy, ministrowie, panowie możni i dyplomaci jesteście tu od myślenia i robienia! Nie popuszczaj więc w gacie ze strachu Wadrim, tylko biegiem Radę zwoływać! Do wielmożnej pani Erin list posłać, treść znasz. W zależności od podjętej decyzji, armię mobilizować.


- Decyzji?


- Nie udawaj głupca, bom gotów pomyśleć, żeś faktycznie nim jest. Uzgodnicie, że pertraktujemy z tą kanalią Radovanem, będziemy słać dyplomatów i spore datki pieniężne. Postanowicie inaczej, poprosimy Almator o pomoc, również śląc spore datki pieniężne. Postawimy na nogi całą armię i poszczujemy na nich, zamieniając przy okazji Grenadę i Candeę w pogorzelisko, zanim zdążą przejść granicę.


„Śmiały plan” – pomyślał minister, spoglądając prosto w oczy króla, w których widział już pobłysk ognia, przez moment zdawało mu się, że w pomieszczeniu unosi się smród palonych wiosek. Poczuł nagły ból w nadgarstkach. Zlekceważył to.


- Na co czekasz? – warknął król. Skender w po kilku sekundach zniknął za drzwiami.


- Mikya, do mnie! – zza wielkiego gobelinu przedstawiającego chwalebny wjazd do miasta króla Graniusa II po bitwie pod Akras, wyłonił się niski, kościsty mężczyzna w szarym płaszczu. – Słyszałeś zapewne niejednokrotnie o moim świętej pamięci prapradziadzie, Rafelu V Starym? – szef wywiadu Sarvilii nie uznał za konieczne odpowiadać. – Pomijając jego niecodzienną i nieskrywaną skłonność do młodych bratanków i siostrzeńców, był niezrównanym strategiem, a władzę w tym barbarzyńskim podówczas kraju objął sprytnie, w odpowiednim momencie posługując się sztyletem. Poprzedni władca tego łez padołu był memu dziadowi przeszkodą w pewnej ważnej sprawie. Widzisz podobieństwo, Mikya?


- Panie?


- Otóż Grenada jest nam przeszkodą w pewnej bardzo ważnej sprawie. Jest to kraj dosyć mały, ale pełny kopalń miedzi i pokaźnych zapasów kamienia. Dodatkowo tamtejszy król zachował się wobec nas bardzo nieprzyzwoicie. Stare sposoby zwykle świetnie się sprawdzają. Rozumiesz aluzję?


- Oczywiście, królu – szpieg ukłonił się nisko i uśmiechnął pod nosem, przyglądając się przez moment wyszorowanej posadzce.


- Wyznacz na to zadanie swoich najlepszych i najbardziej zaufanych ludzi, wspomnij również o nagrodzie, nadam za to wyjątkowe stanowiska, nie wspominając o małym dodatku w postaci kilku dodatkowych grzywien złota. Niech wyruszą jeszcze dziś.


- Zgodnie z życzeniem, panie. Czy mogę się oddalić? – władca skinął głową.


Żaden z nich nie wiedział, że goniec umyślnie został wysłany z opóźnieniem, ani że w pałacu znajdują się od dawna wrodzy szpiedzy. Armia kandeńska dotarła do granicy trzy dni później.


Costrin Viorel, z woli króla grododzierżca Sarvilii i dowódca IV Korpusu Armii Wschód, skonał leżąc u stóp tronu, całkowicie zignorowany przez spiskujących możnych. Do bliżej nieokreślonej przestrzeni wciągnęła go za rękę jedna z jego pierwszych miłosnych zdobyczy, hrabina Zrubavel. Umierał wolno. Ale i tak miał szczęście.


+++


Regan od dzieciństwa lubiła tańczyć, choć właściwie ograniczała się zwykle do pląsania między spragnionym ziarna drobiem. Na miejskiej potańcówce była tylko raz, adorator Mairy pracował w tamtej karczmie i dziewczyna chciała się z nim zobaczyć. W sumie, podobało jej się tam, ale zbyt duża ilość napuszonych panien z wyższych warstw mieszczaństwa skutecznie zniechęcała do bardziej szalonych wybryków, niż sięgało ich surowe wychowanie. Regan do dziś pamiętała ich miny, kiedy chciała wyskoczyć na stół, większość okrzyknęła ją dziewką wszeteczną, inne zakrywały oczy chusteczkami lub udawały, że interesuje je zawartość brudnych kubków z mocno rozcieńczonym winem. Zabawa na najniższym pokładzie statku, na którym kwitnął hazard, pokątny handel i łatwiej było dostać pod żebra sztyletem, miała być ogniskiem wiejskiej rozrywki i absolutnego upojenia alkoholowego. Stereotypem było jednak przekonanie, że im niższa warstwa społeczna, tym alkohol leje się częściej. Tak oto, rozmyślając nad częstotliwością wychylania kubka mniej lub bardziej mocnego trunku w wyższych warstwach społecznych, Regan szła przez niemiłosiernie cuchnący cebulą i tłuszczem pokład, skryta za nieprzeciętnie zbudowanym Tarjem, taszcząc pod pachą dwie ogromne butelki bimbru. Nagle coś chwyciło ją na moment za tył buta.


- Cholera, patrzże jak chodzisz, ośle! – wrzasnęła do dreptającego w zwyczajowym milczeniu Cypriana, chłopak spojrzał na nią koso. Nie przeprosiła za wybuch. Z całej malowniczej kompanii była w najmniejszej komitywie właśnie z nim, jak każdy zresztą. Z wiecznie milczącym myślicielem. Gbur rozmawiał rzadko nawet z własną siostrą, a filozofowanie i zastanawianie się nad istotą rzeczy nie było w tamtej chwili czymś, czego potrzebowała. Gdzieś z oddali słychać było donośne dudnienie, zapewne wspomnianej przez Mili, wiejskiej orkiestry. Przy grubym skórzanym pasie Regan, podzwaniał przywieszony doń kord, słały refleksy zapięte na nadgarstkach cieniutkie bransoletki z brązu. Wszyscy, iście na dziecięcą modłę, wystroili się na zabawę jak świąteczne drzewka. W broń i wstążki, chustki, bransoletki i buty z postukującymi głośno obcasami. Nie mieli niczego w nadmiarze, ale podzielili się, obdarowali tym, czym mogli. Regan przytknęła nos do opuszczonych na ramiona rękawków szarej bluzki, które doszczętnie przesiąkły już cebulowym smrodem, następnie poprawiła wysłużony kościany grzebyk, podtrzymujący wysoki kok z jej cienkich włosów. Przy końcu korytarza wpadli z wszechogarniającej pustki w prawdziwie dziki tłum. Ludzie przepychali się do kątów z wielkimi kuflami piwa, wrzeszcząc i przeklinając, pośrodku „izby” stał ogromny stół zastawiony garnkami i półmiskami z pokrojoną, ukradzioną zapewne z czyichś zapasów, wieprzowiną. Nie czekając długo zaczęli przepychać się w stronę stołu. Gdy udało im się tam dotrzeć porwali szybko po kawałku mięsa i pożerali w zastraszającym tempie. Od kilku dni nic nie jedli. Ostatnim ich posiłkiem była cienka zupa, za którą Futura musiała oddać jedyną srebrną bransoletkę, jaką miała. Większe zapasy wozili ze sobą tylko czarodzieje i ważni urzędnicy, jednak tych pierwszych trudno było okraść, a drugich z całą pewnością nie było na statku. Regan dostrzegła znajomą prostytutkę, która pomachała im entuzjastycznie, drugą ręką powoli zsuwając z nogi dziurawą pończochę ku uciesze marynarza pozbawionego prawego oka. Po porcji mięsiwa przyszedł czas na odkorkowanie butelek z bimbrem. Nalewali pełne kubki. Alkohol był zimny i podwójnie tumaniący w dusznej, gęstej atmosferze. Chłeptali dobrej roboty trunek konwersując na coraz lżejsze tematy, obserwując frymarczące swymi wdziękami dziwki i przytupujących głośno w rytm muzyki marynarzy, walących o stół glinianymi kuflami, że aż drewno trzeszczało. Rowan zabawiał dwie młode służące akrobatycznymi sztuczkami z udziałem jabłka. Dziewczyny błyskały do niego pozbawionymi przynajmniej kilku zębów uśmiechami. Piosenka, którą właśnie grano była smętna i powolna.


- Hej, panowie, zagrajcież nam coś skocznego! – krzyknęła Pea i pomimo swojej nieszczupłej sylwetki zwinnie wskoczyła na stół, strącając przy okazji puste już półmiski po wieprzowinie. Regan i Futura szybko do niej doskoczyły, a wraz z nimi dziewczyna w zgrzebnej sukienczynie, najpewniej służka. Tańczyła szybko i pewnie. Stukały metalowe obcasiki butów Futury, klaskali ludzie waląc jednocześnie kuflem o kufel, rzępoliły wysłużone instrumenty. Grzebień wysunął się z włosów Regan, czyniąc z nich artystyczny nieład. Dym spod sufitu dusił, ale żadna z dziewczyn nie przerywała szalonego pląsu. Regan wirując wokół własnej osi, rzucając rękami na wszystkie strony, Futura z wyczuciem i precyzją wystukując rytm obcasami, Pea po wiejsku biorąc się pod boki i wyrzucanymi w przód i tył nogami strącając ostatnie drewniane sztućce. Świat wirował i tańczył razem z nimi, Regan czuła ściekającą jej po czole strużkę potu, czuła łokieć Pei niemal wbijający jej się w żebra i muśnięcia długich włosów służącej na swojej twarzy. Alkohol mamił i parował, twarze oglądających widowisko zlewały jej się w jedno, nie potrafiła już rozpoznać swoich przyjaciół, rozsianych po całym pomieszczeniu. Po czasie, który wydał się prawdziwą wiecznością piosenka skończyła się wysokim akordem, zagłuszonym przez klaszczących głośno ludzi. Dziewczyny ukłoniły się delikatnie i z pomocą zeszły ze stołu. Elfka zakołysała się, nogi odmówiły jej posłuszeństwa, świat nadal wirował. Porwała ze stołu opróżnioną do połowy butelkę bimbru i wychyliła, część spłynęła jej po brodzie, wpadając za dekolt i mocząc koszulę. Kawałek od niej Pea całowała właśnie zapamiętale jasnowłosego mężczyznę, który pożądliwie miętosił w rękach jej pośladki. Widziała to wszystko jak przez mgłę, ale pomysł zajęcia się czymś podobnym wydał jej się niegłupi, na co niewątpliwie miała wpływ ilość wypitego alkoholu. Niewiadomo kiedy Regan znalazła się niedaleko wyjścia i nie zastanawiając się długo wpadła na pierwszego z brzegu osobnika płci męskiej, który nie wydawał jej się starym dziadem. Jej zdobycz była szczupła i czarnowłosa. Twarz utonęła gdzieś w gąszczu innych myśli, chociaż patrzyła prosto w nią, prosto w duże jasnoszare, piękne oczy. Chłopak pachniał świeżym sianem. Pociągnęła go w głąb korytarza, potykając się na całkowicie prostej drodze z desek. Świat zamilknął. Złączeni dłońmi i ustami wpadli do jakiegoś pomieszczenia, wyplątując się wcześniej ze sztywnej od brudu szmaty służącej za drzwi. Świat zawzięcie milczał, a ciszę przerywało tylko skrzypienie podłogowych desek i głośne westchnienia. Tylko przez moment, bo Regan usnęła w jednym momencie, gdy chłopak próbował rozścielić pod nią na podłodze zdjętą z niej z niemałym wysiłkiem bluzkę. Kiedy rano obudziła się okryta własnymi ubraniami, w asyście buszujących po pokoju myszy, przeklęła głośno swoją młodzieńczą głupotę i nieumiarkowanie w piciu alkoholu. Chociaż bardzo chciała, nie pamiętała nic. On pamiętał.


____________________


Mam nadzieję, że pozostał tu jeszcze ktoś, kto to czyta. Rozdział w odrobinę innym stylu, ale mam nadzieję, że ta mała zmiana nie odbije się niekorzystnie na opowiadaniu. Zapraszam do komentowania! : )

Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:




Spis treści



Zakochałeś się?

Dodaj do ulubionych

Licznik





Image Hosted by ImageShack.us

Szablon

Dzieło panny Anatis wykonane wyłącznie na potrzeby Conserciusa.
Przy wykonaniu pomogli: galeria, wyszukiwarka i serwis.
Łapki świerzbią? Zawsze lepiej grzecznie poprosić...